Ludzie snuli
się leniwie, szykując się na kolejny dzień plażowania, a ja
pakowałem rzeczy do sakw.
Jakże różni
się mój świat od dnia zwykłego urlopowicza.
Rytuał
nakładania rękawiczek, zawiązywania butów, zapinania pasa jest
wręcz liturgią, która wprowadza mnie w inny świat.
Przechodnie
przystają i patrzą na ciebie, a ty stawiasz choppera do pionu.
Pochylasz
się na lewo, by wyciągnąć ssanie.
Przekręcasz
kluczyk w stacyjce.
Jakiś ojciec
przezornie zatyka małemu synkowi uszy swoimi dłońmi.
Chłopiec
zagląda oczarowany.
Ożywiasz V2,
które pierwszym podmuchem z wydechów rozrzuca za sobą igliwie z
drzewa i pył na ziemi.
Po chwili
kolejne maszyny ożywają, unosząc tumany kurzu.
Dla tych
momentów warto żyć.
Silnik
rozgrzany nie wymaga już bogatej mieszanki, zaczyna spokojnie
pulsować.
Każdy na
ciebie spojrzy, a niejedna kobieta, choćby szła prowadzona za
rękę przez nie wiem jakiego przystojniaka, ukradkiem na ciebie
zerknie.
Uosabiasz
wolność, swobodę, dzikość, beztroskę; jesteś wysłannikiem
tajemniczego świata, który nieznany wzbudza ciekawość.
Odjeżdżasz
przed siebie – dokąd chcesz.